Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przemyślenia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 kwietnia 2012

Co ludzie powiedzą...


Co ludzie powiedzą?
A co mają mówić?
Jedna baba drugiej babie....
Gdzieś wyczytałam, że to jednak faceci są największymi plotkarzami. 

Zatem jeden facet drugiemu facetowi, coś powie, 
coś nagada...
(oj tak oni lubią nagość
w każdym calu)
i tyle jego, czy też ich,
bo na pewno nie moje.


A przecież moje życie jest jedno i ważne jak Ja - je przeżyję, a nie,
co kto o nim powie, czy jakaś baba, czy facet jakiś, prawda?

No dobra, przyznaję, kiedyś tym mocno się sugerowałam, zastanawiałam, a jak na to inni spojrzą, co pomyślą, gdyż tak zostałam wychowana, w tradycji wymownych spojrzeń i opinii sąsiedzkiej.

Przez co, to teraz już wiem - byłam w zawieszeniu w swoim własnym życiu, bo zamiast podejmować śmiałe decyzje, nawet te niezgodne
z wymogami, zasadami nakreślonymi przez „co ludzie powiedzą”,
ja wolałam unikać sądów i tkwić w swoim błędnym myśleniu. 
W swoim życiu, które z roku na rok, coraz bardziej płynęło pod prąd,
a ja, coraz bardziej w nim niknęłam.

Aż w końcu się roztrzaskałam...bolało...  Bolało mocniej, bo ile było przy tym tego „ludzkiego gadania” (o ile można je ludzkim nazwać).
I zaczęło się jedna baba drugiej babie, jeden facet z drugim facetem
i z babą też, a co, czemuż nie. Nagadali się, nadebatowali, nakiwali głowami w niedowierzaniu - czemu do tego dopuściłam, czemu nic nie mówiłam, czemu tak trwałam, czemu się tak dałam, czemu to, czemu tamto.... 

I nasuwa się pytanie, gdzie w tym wszystkim jestem ja? 
Otóż to... mnie nie ma... Mówią o mnie, jakby mnie nie było, 
bo mnie nie ma.
Leżę roztrzaskana na kawałki... Zwijam się w bólu i staram się odpowiedzieć na wszystkie „czemu”. 

Na wszystkie „czemu” - sama sobie.

I kolejne istotne nasuwające się pytania.
Ile jest takich osób jak ja? A ile już uporało się z tym?
Ile wydostało z pęt narzuconych przez wzór wychowania, służący sąsiadom do zabijania ich nudnego życia i trwania również w błędnym myśleniu. 

Bo czyż właśnie w tym „czemu”, oni samych siebie nie powinni pytać?

                                                                    Ludwika




środa, 22 lutego 2012

Wsiąść do pociągu...


„Wsiąść do pociągu byle jakiego
nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet

ściskając w ręku kamyk zielony
patrzeć jak wszystko zostaje w tyle...”


'Remedium' słowa Magda Czapińska, muzyka Seweryn Krajewski, śpiew Maryla Rodowicz   Naciśnij - Do posłuchania




Kiedyś się zastanawiałam, czemu te słowa tak do mnie trafiają. Czemu jest to jedna z moich ulubionych piosenek...?

Teraz dobrze to wiem... Niestety wiem - miałam takie sytuacje w życiu, czułam się przyduszona ciężarami, brakiem zrozumienia, i miałam wszystkich i wszystkiego dość, siebie oczywiście, albo niestety też !!! Teraz jeszcze miewam takie odczucia.  

Toteż chciałam...
Bardzo chciałam wsiąść...
Do byle jakiego i jechać byle gdzie,..
Oby tylko jak najdalej... jak najdalej...

Jednak ciągle, za każdym razem włączały i włączają mi się hamulce - nie te ręczne (pociągnij w razie potrzeby), tylko te moje wewnętrzne, samozachowawcze. I wcale tu nie chodzi o odwagę, by wsiąść, odjechać od tego, co dusi, przygnębia, ból zadaje, bo wiadomo, że jest to ucieczka.
Lecz na ucieczkę trzeba się odważyć, pomimo tchórzostwa jakim jest sama w sobie ucieczka.

Jednak jak uciec, odjechać od samej siebie ??
W końcu jeśli już to zrobię i wsiądę do pociągu byle jakiego, to wsiądę z samą sobą, prawda ?? A ze mną wsiądzie cały niechciany i doskwierający bagaż, który chciałam porzucić za sobą, zostawić tak, od tak na dworcu.
Bo on niestety jak rzep, co czepił się psiego ogona (w tym przypadku mnie), nie tak łatwo daje się oderwać przecież.

Zostaje jeszcze poczucie obowiązku i reakcja bliskich....
Nie da się ich upchnąć w innych wagonach, to nie pociąg Tuwima a la Ja, gdzie:

W jednym wagonie 
same niedomówienia i żale,
w drugim spojrzenia pełne wyrzutów,
w trzecim jedno „ale” na drugim „ale”,
a w czwartym rozpacz ledwo się mieści.
A jest tych wagonów, chyba ze czterdzieści
i sama nie chcę wiedzieć, co jeszcze w nich się mieści.

Zatem stoję na stacji życia i przepuszczam pociąg
za pociągiem - towarowy, osobowy, Tuwimowy,
ten a la Ja też....

...i ściskam i trzymam się tego zielonego kamyka – tej nadziei, co przyniesie ulgę, wyciszenie, ukojenie...

                                                                       Ludwika




czwartek, 9 lutego 2012

Po co komu łzy...

Komu komu, bo idę do domu....
A nie pójdę dopóki, dopóty nie sprzedam - wszystkich moich łez!!

Tak wiem, kto by je kupił...? Chociaż dobry handlowiec wszystko sprzeda, a ja ponoć nim jestem. Tylko, że w tym wypadku to jestem niestety bardziej producentką i tą od tych słonych produktów.
Szkoda, że nie można za nie słono płacić - tzn. słono je sprzedawać :))
Byłabym bogaczką! Oj byłabym była...

A tak - mam ich szczerze dość i moje oczy też, one zapewne bardziej!! Bo czy moje oczy muszą znajdować się w tak zwanym mokrym miejscu??? Kto je tam osadził, do cho..... grzecznie pytam??? Czy Wy też tak macie, czy tylko ja wylewam te hektolitry, czy może
(tu nie powinno być 'może' z błędem ortograficznym tylko - ocean) gigalitry? Jak jest z Waszymi oczami, oczyma???



Zastanawiałam się nad ich kolorem (moich oczu oczywiście), gdyż są koloru zielonego. Niektórzy mi mówili, iż można utonąć w tej głębinie zielonej... Ha! A ja kiedyś sądziłam, że to jest zaleta - czytaj komplement - hm... a to wada była, usterka oczna!!! Dlatego tak ciągle tonę! Tylko czemu ja?!

No tak człowiek z wiekiem się uczy, to czemuż się nie oducza?

Na przykład tak oduczyć się używać łzy - genialne nie sądzicie?

Jak dla mnie genialne, a w mym przypadku przy braku geniuszu,
brak też tej możliwości....

Wiem...wiem są tacy, co wszystkie wypłakali, są tacy, którzy ich nigdy nie mieli, są tacy, co ich nie używają i tacy, co używają ich tylko
w wyjątkowych chwilach... Dla mnie są oni Szczęściarzami!

Bo moje, co tu dużo gadać nie dają się wypłakać, wyryczeć, wywyć,
czy jeszcze jakieś inne zwierzęce określenie.
Niestety one ciągle, nieustannie są! A co najgorsze, że same się leją,
tak samowolnie, tak asertywnie - słowo na czasie - czyli, że co - płyną z trendami?? O rany! To powinnam być jeszcze dumna, może (ocean)?
Nie! Nie! Nie! I jeszcze raz Nie!!!

Zatem zadam Wam to pytanie tytułowe
- Po co komu łzy..?

Och tylko mi tu nie poddawajcie tematu, że oczyszczają i inne tego typu aspekty zdrowotne. Bo ja już powinnam czuć się jak młody Bóg
i tryskać.....no właśnie czym? Gdyż ja oczywiście tryskam łzami!

Czekam z niecierpliwością na Wasze odpowiedzi - tak zwane tu ślady...


                                                                                                                                            Ludwika





poniedziałek, 23 stycznia 2012

Kiedy ma się bałagan...



Kiedy ma się bałagan, wiecie nie taki codzienny, mieszkaniowy nieład, gdzie wszystko się piętrzy… ale taki osobisty myślowy,
to zastanawiacie się wówczas skąd się wziął?

Ba zapewne tak, a zapewne nie,
 bo czasem brak czasu zupełnie.

Ja jak się nad tym zaczęłam zastanawiać to do chodziłam do wniosków do których dochodzić się nie powinno. Zapytacie czemu? Ano temu, że tu gdzie byłam, tu gdzie się znalazłam – chodzi mi oczywiście o dany moment życiowy – nie powinnam tak tego odbierać, tak to czuć. 

I wówczas, co robiłam? Stosowałam taktykę 3 małpek. 
Błagam Was
na wszystkie świętości
 
i na te małpy też  nie stosujcie tego sposobu!!!!

*Dla tych , co nie wiedzą, co to za taktyka i dzięki temu są 
Szczęśliwcami tłumaczę – taktyka 3 małpek:

nie widzę, nie słyszę, nie mówię.





 
A ja stosowałam ją… czyli szłam dalej, czasem biegłam, czasem stałam, upadałam
 i cofałam się (jedynie wspomnieniowo), a małpy były ze mną. Coraz bardziej rozbrykane, coraz bardziej wchodzące mi na głowę, przyduszające swoim ciężarem. Bo wiecie okazało się, że one też rosną. 
I kiedy kolejny raz zatrzymałam się,
 a może mocniej upadłam, odczułam dokuczliwy ból w okolicy serca i poczułam (bo nie ma małpy, co mówi: - nie czuje), że mam taki bałagan w sobie, że cała się w nim zgubiłam, że mnie to już chyba nie ma… Bo gdzie byłam??? Patrząc w lustro nie widziałam siebie i mimo, że je mocno przecierałam, a sobie robiłam mocniejszy makijaż – nie widziałam własnej twarzy. Nawet jak robiłam do niego znaczy do lustra małpie miny (proszę znowu małpy…cała tak jakoś przesiąkłam nimi), nie pomagało. 

N
iestety nie widziałam tej, która była pełna wiary, optymizmu
i z błyszczącymi oczami – proszę następuje tu czas
 na antonimy, a tego wiele ostatnio w moim życiu jak pisałam w poniższym przemyśleniu.
I jak Sami zauważyliście czytając je, że mam niezły bałagan myśleniowy, gdyż zaczęłam 
od siebie, a skończyłam na biednych zapracowanych Chińczykach i jakoś tak anty rasowo to zabrzmiało. Nie mam do nich żalu za swój życiowy bubel, bo przecież sama jestem sobie kowalem, sama sobie tak pościeliłam (wedle powiedzenia ulubionego mej matki – „Jak se pościelesz tak się wyśpisz”) i schrzaniłam tą podkowę i się 

nie wysypiam…

Wracam do mego bałaganu… o rany wolałabym nie, ale sama zaczęłam ten temat, to muszę zakasać rękawy i wywieźć 3 małpy
 do Zoo - póki,
co to tam ich miejsce
 (na bilet do Afryki nie mam kasy). 
Czyli po pierwsze muszę otworzyć oczy
 i zobaczyć, czy jest coś jeszcze do uratowania. Po drugie usłyszeć – usłyszeć własną intuicję, siebie samą. Po trzecie mówić – ba nawet wykrzyczeć te wszystkie zaległości, oblepienia.

Zatem pamiętajcie - kiedy ma się bałagan ten myśleniowy
to od razu trzeba przystąpić do dzieła, pozbyć się go, bądź jego przyczyn i nie dać sobie wejść 
na głowę żadnej małpie, ani żadnej innej zwierzynie – zostawiam Wam pełną dowolność dopasowania samym sobie, czy to jest teściowa…mąż…żona…czy ktokolwiek inny...



Do kolejnego zamyślenia…

piątek, 23 września 2011

Przeciwstawne


Słodko - gorzko...
Radośnie - smutno...
Miłośnie - ozięble...

Pytam: - Czemu tyle w mym życiu antonimów?
I co słyszę: - Przeciwstawne lubią się wstawić, tam gdzie ich nie lubią.

    A przecież życie na nieustannej huśtawce, przyczynia się do zawrotu głowy, by nie wspomnieć o.... nie nie wspomnę, bo wiecie o co mi chodzi, prawda? I znów przeciwstawne słowo, że nie wiecie. 
O rany nie chciałam tego nazywać po imieniu, ale okej wiadomo, że jak za długo się huśtacie to od tego robi się najpierw dobrze, a potem, co? Już wiecie prawda, to sami sobie dopiszcie ten niedobry antonim, bo ja ich mam szczerze dość - tych złych oczywiście. 

Tak pamiętam z nauk filozoficznych, 
iż  w życiu jest tak, że jak jest dobrze, to musi być też... tak zwana równowaga. 
Jednak po podsumowaniu swego czasu życiowego i losu, czym mnie obdarzył, dochodzę do wniosku, że trafiałam nieustannie na buble made in China. 

Czyli wiecie o czym mówię (znaczy piszę) na początku takie pięknie,
ba nawet zachwycające,  a z czasem zanikają kolory 
i wyłazi toksyczna szarość, w której usiłujemy odnaleźć to, co nas urzekło i ciągła nadzieja, że odnajdziemy, co szukamy - nawet w tym, co dawno powinniśmy
z utylizować. 


A dlaczego? Proste, bo Ja i Wy przynależymy do narodu o wieloletnich przyzwyczajeniach, a nie jednorazowych, o długoterminowych uzależnieniach, a nie 5-minutowych, i dlatego doszukujemy się wartości tam, gdzie jej najzwyczajniej nie ma i nie było.

Przez te nasze wpojenia rodzinne nie zauważamy, że świat się zmienił, pobiegł do przodu, aż zżółkł tak jakoś nieładnie (przez ten bieg?), zmienił spojrzenie na jakieś takie krzywe i wszystko jest takie jakieś.  
Oby tylko nie zieleniał - chyba nie ma takiej rasy?...
Kurczę podobno tacy są kosmici. 
    

Staje się Blogmenką....???


Przymierzałam się 5 lat - tak wiem, wiem - niekiedy przymiarki trwają
5 chwil - ale nie rozwódźmy się nad tym (nie znoszę słowa "rozwódźmy"  nie dlatego, że bliskie skórze i nie dlatego, że takie normalne  -nienormalnie) to też proszę, czy też better - please!!!

Po prostu staję się...zostaję Blogmenką dla Was, a zapewne i bardziej pewne dla Siebie. Ale - mam ale - co tu będę owijać w bawełnę (przecież wiadomo, że na rynku jej mało), piszę tu i teraz, by Ktoś zajrzał, spojrzał, zaczytał, ślad zostawił...by też wrócił... hm...póki, co marzenie początkującej Blogmenki?? A może powinnam napisać Blogwomenki?? Bo słowo "bloggerka" - do mnie nie przemawia - a już ta końcówka "-erka" to w ogóle brzmi jak pogotowie - zbyteczne skojarzenie? 
Nieważne, ważne, iż Ja sama od dziś nazywam Siebie Blogmenką. hehehe  

Muszę tu jednak przyznać, że mało przeczytałam (czytaj prawie wcale) blogów, a czy to dobrze, czy to źle iż nie mam wzorców, swoich blogowych idoli (ba pewnikiem i to zmienię - do tego też się przymierzam, byle nie zajęło mi to kolejnej 5-cio latki). Póki, co startuję bez podpatrzeń, nakierowań i tym podobnym rzeczom - startuję tak najzwyczajniej sama z się.

Co i tak ma się tak , że Zaglądający ocenia po swojemu,
po ichszemu, po krytycznemu, cóż...
Zatem Mój Blog zostawiam w rękach, znaczy w odczytywaniu
i odczuwaniu oczywiście Zaglądającego.

Do kolejnego zamyślenia hahaha 

Ludwikaxv